wtorek, 18 sierpnia 2015

Prawo FUCK YES. ps. faceci to świnie

Dziś bez zdjęć, sama lektura, enjoy. :)


"Słyszeliście o prawie Fuck Yes or No? Jeśli chcesz się zaangażować w związek z kimś nowym musisz być przekonana/ny aby wrzasnąć mentalnie: tak kurwa, chcę tego!!I wiesz co? Druga strona też musi być mentalnie gotowa na to aby krzyczeć coś takiego samego o tobie.
Owszem możesz jednorazowo pieprzyć się z kimś kto ci się podoba. Ale związek z kimś komu musisz cały czas nadskakiwać?
Owszem możesz godzinami analizować jej/jego zachowanie, zastanawiać się co powiedziałaś dobrze a co źle, czy byłaś wystarczająco dobrze umalowana, elokwentna dowcipna, rozkładałaś dobrze nogi, jęczałaś do taktu i czy oczywiście jemu było dobrze i miał orgazm.

Ale to jebanie kota.

Sprawa jest prosta: jeśli nie widzisz na swój widok reakcji: FUCK YES to po co ci to? Chcesz być jak bokser, który wychodzi na ring i cały czas dostaje po ryju? Jak ta brzydsza z dwóch przyjaciółek, gdzie wszyscy interesują się tylko tą drugą ładniejszą?

Jeżeli ktoś nie oddzwania na Twoje telefony, jeśli musisz czekać godzinami na jego/jej sms-y to zwyczajnie ma cię w dupie.

Jeśli taktuje cię na zasadzie – jestem z Tobą bo nikogo lepszego nie było na razie w okolicy to tylko brniesz w samo upokorzenie. Wystawiasz policzek i mówisz: wal w niego.

Nawet jeśli się z Tobą zwiąże za rok, za dwa, za trzy będzie cię zdradzał. Albo będzie cię zdradzała.

Szanuj siebie.

Nie przyjmuj litości. Litość kończy się źle. Albo niech mówi FUCK YES na twój widok albo niech spada.

Jeszcze raz – szanuj siebie. To będą szanować cię też inni."

— Piotr C. "Pokolenie Ikea"




Pozwoliłam sobie przytoczyć fragment, który zapadł mi w głowie na baaaardzo długi czas. Postanowiłam, że rozwinę tę myśl, bo kto mi zabroni? Faceci są teraz uprzejmie proszeni o opuszczenie tego bloga, gdyż dalsza część poświęcona jest na "obrażanie" płci brzydszej. Panowie, którzy nie mają dystansu mogą zacząć się pienić, a stąd tylko o krok do tragedii.

Był okres w moim życiu, że sama płaszczyłam się przed facetami. A na co to był przepis? Na katastrofę. Czułam się źle sama ze sobą, byłam świadoma, że się poniżam, wystawiam na pośmiewisko. A to wszystko dlatego, że nie mogłam prawdziwie uwierzyć w swoją atrakcyjność i wartościowość. Będąc sama, miałam wrażenie, że jestem niekompletna, że kogoś potrzebuję, że samotność zabija mnie jeszcze bardziej, niż nieudane związki i miłosne porażki. Robiłam przeróżne rzeczy, żeby podtrzymać zainteresowanie swoją osobą. A czym się to kończyło? Skutek był całkiem odwrotny. Gdy sobie to uświadomiłam, widziałam siebie jako natrętną muchę. Nikt nie lubi, jak się koło niego ciągle lata, prawda? Na początku wszystko fajnie, ale potem jest się zmęczonym. I "mucha" i "ofiara" odczuwają zmęczenie całą sytuacją. Na samo wspomnienie o tym jest mi wstyd. Czasem też trochę przykro, bo nie doceniałam siebie i nie szanowałam. Jakiś facet mnie obraził, zwyzywał, a ja zamiast dać sobie spokój, latałam za nim jeszcze bardziej. Istna KOMEDIA i CYRK. Sprawy zaczęły się układać, kiedy odpuściłam. Zlałam kompletnie część facetów, zaczęłam całą swoją energię przeznaczać na zajmowanie się sobą, dbanie o moje wnętrze, o rozwój osobisty itp. Ale oczywiście jak zaczęło się układać, coś musiało się zwalić. Tamte rzeczy wróciły, a ja zaczęłam się zastanawiać, dlaczego. Odpowiedź była prosta: nieodpowiedni facet. Straciłam czujność. Kolejny problem, którego musiałam się "pozbyć". Czasem boimy się zmian. Ale warto zrozumieć, że zmiany są konieczne i odbierać je, jako coś potrzebnego i dobrego. A w tych całych zawirowaniach nie należy zapominać o sobie i swoich potrzebach i mieć oczy szeroko otwarte, bo ch*jowych facetów jest znacznie więcej, niż tych wartościowych.

Jestem po lekturze książki "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy" i muszę przyznać, że autorka traktuje temat bardzo "łopatologicznie", zawiera zbiór tak oczywistych rzeczy, że aż oczy bolą, jednak wiedza teoretyczna a praktyka, jak wiemy, rzadko idzie ze sobą w parze. Chcąc nie chcąc, dała mi kopa do tego, aby przestać poświęcać całe swoje życie na ch*jowych facetów, wziąć się w garść i uwierzyć, ze jestem zaj*bistą laską i zasługuje na więcej, niż dostawałam. Jeśli któraś dziewczyna również uważa, że w kontaktach z facetami się poniża, lub też jeszcze o tym nie wie, ale czuje, że jej się w tej sferze nie układa, polecam jak najbardziej. Poza tym, zawsze poprawia humor, kiedy jakiś debil go zepsuje :) Swój egzemplarz kupiłam w Rossmannie, ale myślę, że nie będzie problemu, by ją znaleźć w Empiku lub internetowych księgarniach. Spod pióra (lub też klawiatury) Sherry Argov wyszła jeszcze książka: "Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy", jestem na dobrej drodze, by po nią sięgnąć :)

A co do nieodpowiednich facetów..... 
Coraz częściej utrzymuję się w przekonaniu, że rzadko myślą. Tak na poważnie. Wbrew pozorom czasem im się to zdarza. A jak się zdarza, to...Wóz albo przewóz. Czerń i biel. Podczas gdy my, kobietki, analizujemy KAŻDE wypowiedziane słowo, nadajemy im milion znaczeń, a potem zastanawiamy się o ch*j tak właściwie chodziło, oni dane słowo rozumieją tak, jak im pierwsza myśl podpowie. I to wszystko. Nie szukają innych znaczeń. Nie starają się odkryć odwiecznej tajemnicy, o czym myślimy, jak rozumujemy. Oni to po prostu zostawiają, bo tak jest prościej. Zawsze szukają prostych rozwiązań. A gdy ich nie widzą, czekają, aż sprawa rozwiąże się sama. I tak jest w każdej dziedzinie ich życia.
Mówiłam oczywiście o przeciętnym facecie z krwi i kości, który filozofią się nie interesuje i jej nie praktykuje. Bo tacy filozofie też istnieją (pozdrawiam m.in. Ariela, jeśli to czyta :D), tylko w małym odsetku. Miałam na myśli facetów, z którymi trzeba się użerać na co dzień, z którymi obcowanie to istne piekło. Masz ochotę udusić, ale tego nie zrobisz, bo w sumie, nie chcesz zostać skazana tylko i wyłącznie na wibrującego przyjaciela. (:D)
A czego życie z facetami to istne piekło? Bo oni "zmuszają" kobiety do analizowania, wymyślania niestworzonych rzeczy i zadręczania się myślami. Ostatnio obejrzałam sobie film "KOBIETY PRAGNĄ BARDZIEJ". Śmiałam się, jak bardzo bohaterki są ślepe, jak bardzo nie potrafią dostrzec prawdziwych intencji facetów. Każdy gest odczytują odwrotnie, głównie przez swoją naturę. Za dużo analizują, za dużo wniosków im się nasuwa. Wybierają zawsze ten "najłagodniejszy", najmilszy, najłatwiejszy do zaakceptowania. Niby tylko film, a ile ma potwierdzeń w prawdziwym życiu. Przykład: forum vinted. Naczytałam się tam tylu wątków o facetach, że naprawdę, można bełtać. A co w tych wątkach? Zdrady. Oszustwa. Olewki. I powiedzcie, jak tu kochać te przebrzydłe mordki, jak mają na koncie tyle zbrodni? Ale jednak dziewczyna kocha. Ciągle o nim myśli. Zadręcza się, czemu tak a nie inaczej. A facet? Ma totalnie wywalone. I zanim wyszło na jaw, że taki facet jest ch*jem, po drodze autorka wątku zastanawiała się, co znaczą poszczególne sygnały, które odebrała w jego zachowaniu. Osobie patrzącej na to z boku łatwo było dojść do takich wniosków już na wstępie, ale dziewczyna emocjonalnie związana z takim misiaczkiem nie mogła tego zauważyć i zrozumieć. Oto pierwsza historia:

Niedzielny poranek, para leży w łóżku. Nagle chłopak wychodzi z pokoju, bo chciał się wyszykować, czy coś w ten deseń. Dziewczyna bierze do ręki telefon, włącza grę, ale nagle przerywa jej dźwięk sms'a. Patrzy, a tam wiadomość z niezapisanego numeru następującej treści: "Hej kochanie, poszła już? Tęsknię". Co byście pomyśleli? ZDRADZA JĄ. Pewnie. A ona? Zastanawiała się, czy to przypadkiem nie POMYŁKA. Kiedyś zdarzyła się sytuacja, ze złapała swojego misia na gorącym uczynku - jak obściskiwał się namiętnie z jej koleżanką. Ale wybaczyła, bo kochała. A teraz.... on jej nie może zdradzić, nieeee! Z emocji usunęła szybko sms i sprawdziła skrzynkę. Żadnych innych przychodzących oraz wychodzących wiadomości. Dziwne, prawda? TO MUSI BYĆ POMYŁKA. Postanowiła, że zadzwoni na ten numer ze swojego telefonu. Cisza, nikt nie odbiera. Jedynie sms: "kim jesteś?". Pod wpływem komentarzy innych vintedzianek, postanowiła, że sprawdzi mu fejsa. Żadnych wiadomości. Przypadek? Ale nagle jej przyszło do głowy, że może facet usuwa na bieżąco wiadomości, jakiś sukces. Sprawdziła także dziennik aktywności oraz wyszukiwarkę i znalazła zaskakujące odkrycie: koleś odwiedza dzień w dzień jakieś dupeczki, dokładnie 3, ciągle te same. I żadne inne. Zastanawiające, prawda? Ale jak on może mnie zdradzać, przecież ostatnio był taki kochany, czuły, troskliwy....
Kobiety mimo, iż podświadomie doskonale wiedzą co się święci, zawsze tłumaczą sobie wszystko tak, żeby ominąć jak najbardziej prawdopodobną i oczywistą wersję. Boją się prawdy, boją się zdrady. Dla mnie już sam sms jest dowodem, że facet nie jest uczciwy i zamiast tracić czas, od razu bym zahaczyła temat. I to jeszcze tego samego dnia, jak wróci z łazienki. Kazałabym mu zadzwonić na ten numer, NA GŁOŚNIKU. Jeśli rzeczywiście nie ma nic do ukrycia, zgodziłby się. Ale ona usunęła wiadomość, zachowała się jak gdyby nigdy nic, wyszła z nim do kościoła, a potem się zmyła. A wieczorem prosiła o radę na vintedach. Witki opadają. Niestety jeszcze nie wiem, jak skończyła się ta historia, sprawa w toku.

Historia nr 2, również vinted: para jest ze sobą dwa lata, cud miód i orzeszki. Facet musiał jednak wyjechać za granicę, a tuż przed wyjazdem był oschły, unikał zbliżeń, całusów. Jednak gdy już wywiózł swoje 4 litery, sprawy wróciły do normy, codziennie rozmawiali, wysyłali sobie wirtualne serduszka. Przyszedł czas, kiedy musiał wrócić do Polski. Oczywiście zaraz po powrocie umówił się ze swoją miłością. Kiedy przyszło co do czego, dziewczyna dostała telefon/wiadomość, że on jedzie z kolegami nad jezioro, a z nią zobaczy się wieczorem. Pomyślała: "no dobra, w sumie i tak mam okres, a wieczorem spędzimy super czas razem". Postanowiła, że zrobi facetowi niespodziankę, zabrała się za gotowanie. Upichciła specjalnie dla niego kurczaka (bo misiaczek tak go uwielbia), kupiła wino, odstrzeliła się jak milion dolców i czekała. W międzyczasie dostała sms, że się trochę spóźni, bo musi coś ważnego załatwić. Czyżby kupował kwiaty? Niestety, dziewczyna nie doczekała się swojego faceta. Weszła z ciekawości na fejsa i zobaczyła, że jej luby jest oznaczony w poście informującym o grubym melanżu. Razem z nim oznaczeni byli jego kumple i jakieś dziewczęta (prawdopodobnie lekkich obyczajów). Pomyślała "no świetnie!". A misiaczek nie odbierał telefonów, nie odpisywał na sms'y. Dziewczyna się wściekła, zaczęła sobie wyobrażać, co on tam z tymi dziewczynami robi. Ale mimo to nadal miała nadzieję, że pojawi się w tym głupim oknie jak zawsze. Cóż, pewnie odezwie się rano.
Ale niestety, zero odzewu. Za to na fejsie zobaczyła, że luby został znajomymi z tymi dziewczynami. A do niej nie napisał, cham! Przez cały dzień nie dostała żadnej wiadomości, po drodze popłakała sobie, ale koleżanki wyciągnęły ją na babski wieczór. Telefon zostawiła w samochodzie. Wraca, a tam kilka nieodebranych połączeń i wiadomość od misiaczka, żeby szybko się do niego odezwała, bo muszą pogadać. Oho, coś się święci! Była wściekła, ale po cichu liczyła na przeprosiny. Jednak nic takiego nie było. Chłopak oznajmił, ze ją na imprezie zdradził, chociaż nie do końca, bo to był "tylko pocałunek". Zrobił to pod wpływem kolegów. Powiedział to ot tak, bezbarwnie, bez emocji, jakby to była najprostsza rzecz na świecie. Dziewczyna uznała, że to koniec związku. Domyślała się, ale ta NADZIEJA.... Później jeszcze chłopak męczył ją telefonami, wiadomościami i pisał, jak bardzo żałuje. Nie dała się (brawo, chociaż jedna mądra), ale mimo to, czuła się z tym podle, bo go nadal kocha i jej smutno, że już nie będzie szedł tą głupią alejką do niej, że nie będzie mówił czułych słówek itp.. Ma pecha, bo to druga zdrada, z jaką przyszło się jej w życiu zmierzyć. A komentarze vintedzianek: "wybacz mu, jeśli kochasz", "ja bym mu wybaczyła, widać, ze mu zależy, potrzymaj go jeszcze trochę w niepewności, a potem przebacz". ŻE CO PROSZĘ? Witki opadły po raz kolejny. Ale to jeszcze nie koniec historii. Chłopak postanowił, że nie da za wygraną i uznał, że nawiedzanie dziewczyny po pracy to doskonały pomysł, by mu wybaczyła. Był bardziej, niż natrętny. Jakoś udało mu się ją złapać. Przymilał się, mówił, że ją bardzo kocha, ze szkoda tego czasu spędzonego razem, tak się przecież kochali (chyba tylko ona jego, ale to szczegół). Gdy go odepchnęła, puściły mu nerwy i zwyzywał ją od kretynek, bo nie wie, co traci. NIE MA TO, JAK PONIŻENIE PODCZAS PRZEPROSIN. Dziewczyna postanowiła wyjechać na weekend, by choć na chwile zapomnieć o całej sytuacji. Gdy wróciła, znowu się zaczęło. Znów przylazł i przepraszał, tym razem wziął ze sobą kilka badyli (które nazywa się różami) i potraktował je jako niezbędny element całego przedstawienia. Gdy nawet róże mu nie pomogły, powiedział, że zdrada to po części JEJ wina, bo to ONA wprowadziła rutynę do związku, więc powinna się cieszyć, że ją przeprasza i się przed nią płaszczy. WTF? Najpierw zwalał na kolegów, a potem na ZDRADZONĄ. A on, wielki książę nie poczuwa się do winy. Witki opadły po raz trzeci. Tym bardziej, ze dziewczyna napisała, że organizowała różnego typu rozrywki: basen, rowery, pikniki, kino, restauracje, wyjazdy... Ale o tyle mądra, że ani razu się nie ugięła. Ciekawa jestem tylko, co pomyślały sobie dziewczyny, które wspomniały o wybaczeniu...

Czasem żałuję, że przeczytałam tyle wątków na tym vintedzie, bo tam co drugi dotyczy zdrady. I jak tu potem uwierzyć, że na świecie są jeszcze porządni faceci. Dlatego apeluję do was kobietki, żebyście się szanowały i selektywnie dobierały sobie facetów. Nie bierzcie się za byle kogo :D A jeśli jednak okaże się, że źle trafiłyście, zostawcie to i nie ruszajcie, bo gunwa się nie tyka. Zmiany są potrzebne!

wtorek, 7 lipca 2015

D.

Tym razem tylko zdjęcia. Wybaczcie, ale od upału mój mózg się przegrzał. Nienawidzę temp. powyżej 25 stopni, boli mnie głowa, nogi, żyły wyłażą na wierzch jak szalone, a ja sama czuję się, jakbym miała zaraz zemdleć. W związku z tym nie napiszę w najbliższym czasie nic pożytecznego. Mogę tylko leżeć przy wiatraku, narzekać, a w przerwie między jednym narzekaniem a drugim wypić 5 litrów wody z lodem.


Na zdjęciach Dominika :)











sobota, 20 czerwca 2015

TATUAŻE - co i jak?

Hahahaha, bo o czym innym mogłabym napisać. :) Tatuaże to mój ulubiony temat i jeśli ktoś chce zwrócić moją uwagę i "kupić" zainteresowanie na dłużej - trafia tu w dziesiątkę. Jestem pewna, że ma tak każdy, kto posiada więcej niż jeden tatuaż. Istnieje bowiem dziwna zależność - robisz jeden, a kiedy ci się wygoi, myślisz o następnym. Pozdrawiam wszystkich wydziaranych, a tych co chcą być i zastanawiają się, jak to jest - zapraszam do lektury.

Skąd pomysł na notkę? Otóż ostatnio byłam na pewnym wydarzeniu w Lublinie - BENEFICIE TATUATORSKIM. Dziarały jedne z najlepszych moim zdaniem tatuatorek w lubelskim - Klaudia, która wręcz skradła moje serce nie tylko talentem, ale i osobowością (dlatego od pewnego czasu jestem jej stałą klientką) oraz Kama, która specjalizuje się w dotworku, czyli tatuażach z tzw. "kropeczek". Uwielbiam ich prace i podziwiam  za precyzję. Wróciłam oczywiście z nowym (szóstym) dzieciątkiem, które na razie silnie daje o sobie znać pieczeniem i ogromną opuchlizną. Niestety, tatuaż nie od razu wygląda wspaniale, czeka go proces gojenia, o czym wspomnę w dalszej części.

NAJWAŻNIEJSZE RZECZY, ZANIM SIĘ WYDZIABIESZ.

1) Pamiętaj - im później się na to zdecydujesz, tym lepiej. Wiem, wiem, pisze to dziewczyna, która w ciągu kilku miesięcy wydziarała się tak straszliwie, że na mieście chodzą plotki, iż ma całe nogi w dziwnych mazajach :') Jednakże, zanim się wytatuowałam, dosyć długo myślałam nad wzorem. Pomysł na tatuaż pojawił się jakieś dwa lata temu. Z perspektywy czasu, wzór, który chciałam sobie wtedy wytatuować był po prostu tragiczny i gdybym wtedy zdecydowała się na jego realizację, teraz pewnie żałowałabym tego do końca życia. Dlatego - IM BARDZIEJ DOJRZAŁY JESTEŚ, TYM BARDZIEJ DOJRZAŁE BĘDĄ TWOJE POMYSŁY I SPOJRZENIE NA ŚWIAT. Oczywiście są wyjątki, ale zanim okażesz się tym wyjątkiem, najpierw dorośnij :) Chodzi mi oczywiście o dojrzałość psychiczną, co jest kwestią indywidualną. Chyba nie chcesz się za kilka lat wstydzić, że zdecydowałeś/aś się na wydziaranie słodkiego misia albo konika (celowo przejaskrawiam). Ale uwierzcie mi - linie przerywane i małe nożyczki na końcu, tak jak w wycinankach, co sugeruje "przetnij tutaj" NIE są dobrym pomysłem. Jaki jest najlepszy wiek na pierwszą dziarę? MOIM zdaniem, po osiągnięciu pełnoletności. Niby wiek nic nie znaczy, ale przynajmniej oszczędzisz sobie krzywych spojrzeń twoich nauczycieli. Bo mama zawsze będzie krzywo patrzeć, jeśli sama nie ma tatuaży i ma problem z wrzuceniem na luz. A na studiach to już inna sprawa. Tak naprawdę wszyscy mają cię tam w D (najbardziej w dziekanacie), sam za siebie odpowiadasz, nikt się nie bawi w nagany i lekcje wychowawcze.

2) MYŚL PRZYSZŁOŚCIOWO. Najgorsza rada. Jak robisz tatuaż, mówisz YOLO i ch*j. A za parę lat będziesz sobie pluć w brodę. Ale to tylko i wyłącznie twoja sprawa. STOP. Jestem zdania, że pewnych rzeczy nie powinno się żałować. Tatuaż jest jak znak, który przypomina ci o twojej duszy, osobie sprzed lat. JEDNAK. Tatuaże powinny przypominać radosne chwile, albo kojarzyć się z ważnymi osobami. Odradzam tatuaże upamiętniające ból, chyba, że ktoś lubi być masochistą i sprawiać sobie ciągłe cierpienie z każdym spojrzeniem. I jeśli ktoś nie jest osobą skrajnie kontrowersyjną i nie ma wszystkich ludzi i ich przemyśleń głęboko w D, niech nie decyduje się na kontrowersyjne wzory. Za kilka lat będzie tego żałować, jestem pewna. W odwrotnej sytuacji, niech sobie dziara tyle prowo, ile chce :D

3) NIE DZIARAJ IMION BYŁYCH, AKTUALNYCH, PRZYSZŁYCH I NIEDOSZŁYCH. Po prostu NIE. Ale imię mamy, taty, babci, córki czy syna - jak najbardziej.

4) JEŚLI NIE JESTEŚ PEWIEN WZORU I ZMIENIASZ ZDANIE Z PRĘDKOŚCIĄ ŚWIATŁA - NIE DZIARAJ SIĘ. Przynajmniej do momentu, kiedy będziesz w pełni pewien. Lepiej zrobić sobie tatuaż z chipsów, ew. henny. Mniej boli i szybciej się zmywa :D Dotyczy to także podejmowania decyzji - jeśli masz z tym problem, naucz się je podejmować i wróć.

5) Robienie tatuażu wiąże się z porzuceniem praktyk alkoholowych na jakiś czas - kilka dni przed i po. Jeśli nie jesteś w stanie oderwać się od kieliszka czy butelki z piwem - daruj sobie :)

6) O tatuaż trzeba dbać. Jeśli nie jesteś systematyczny/a i nie masz wyrobionych nawyków, będziesz mieć problem z wykonywaniem rutynowych czynności z tym związanych.

7) Jeśli uwielbiasz się opalać - muszę cię zmartwić. Piękna opalenizna albo piękny tatuaż przez lata. Wybierz jedno.

8) Przygotuj się na krzywe spojrzenia i komentarze pod twoim adresem. W szczególności od moherów.

9) Jeśli chcesz mieć tatuaż wykonany dobrze, musisz wyskoczyć z kasy. I to tak, żeby objętość portfela zmniejszyła się o połowę.Czyli, w skrócie - nie warto oszczędzać.

10) Idź do dobrego, sprawdzonego studia. Oglądaj galerię, oceniaj. Powołaj się na opinie znajomych, którzy już tam byli. Ważne też, żeby wzór pasował do stylu artysty i nie wykraczał poza jego możliwości. Jeśli już piszesz z jednym, słuchaj rad, on wie lepiej jak to wyjdzie na skórze. Dobrym tatuatorom nie zależy wyłącznie na kasie, ale także na tym, by to wyglądało zajebiście.. Nie robią dziar na odpie*dol. To także w ich interesie :)

11) Staraj się nie kopiować namiętnie wzorów z internetu. Nie nalegaj, jeśli tatuator powie, że ci to trochę przerobi. Istnieje coś takiego, jak prawa autorskie. I zrozumiałym jest to, że chce włożyć w pracę trochę siebie. Poza tym, dobrze ci ze świadomością, że taki tatuaż może mieć milion innych ludzi na świecie? Moim zdaniem lepiej mieć niepowtarzalny wzór, tak jak ty jesteś niepowtarzalny i jedyny. No chyba, że będzie taka s*ka, która twój wzór skopiuje. Ale to już jej problem :)


DZIARANIE - CZY TO BOLI? JAKIE TO UCZUCIE?

Cóż, ból jest kwestią indywidualną. Dlatego wszystko co powiem, będzie DLA MNIE. Nikt nie może zapewnić, że "to nie będzie bolało" albo "to będzie jak ukłucie komara". Można jednak mniej więcej oszacować próg bólu i wrażliwość skóry, a także w razie czego manipulować poziomem odczuwanego dyskomfortu. Zacznijmy od szacowania. Przypomnij sobie dla przykładu, jak reagowałeś, kiedy skręciłeś rękę, albo jak znosiłeś polewanie rany wodą utlenioną. Można wziąć pod analizę każdą sytuację, w której potencjalnie odczuwa się ból. Oczywiście dziaranie to inny rodzaj bólu, ale to na razie czysta teoria. Np. ja strasznie wyłam, kiedy mama mi polewała rany wodą utlenioną. Znosiłam to gorzej niż inne dzieci. Mam także wrażliwą skórę, potrę lekko i już mam piękną czerwoną plamę. Podrapię się i mam cudowne czerwone, opuchnięte kreski. Cóż, mój próg bólu jest niski, to znaczy, że bardziej odczuwam ból niż osoba o progu wyższym. A ból przy tatuowaniu mogę określić jako pobieranie krwi milion razy na sekundę :D Jest to piekąco-ostry ból. Ciekawym faktem jest to, że za każdym razem odczuwam to inaczej. I założę się, że to zauważyło większość osób. Ból zależy nie tylko od jego progu, ale m.in. także od igły, tatuatora, tatuowanego miejsca oraz samopoczucia, nastawienia osoby tatuowanej. Są igły bardziej ostre oraz te mniej. Są grubsze i cieńsze. Są "rozcapirzone" i te "zbite". Mówi się, że te cieńsze "bardziej bolą", o tych bardziej ostrych nie muszę wspominać. Oczywiście podkreślam, że to jest mój punkt widzenia i jakieś doświadczenie, które nabyłam. Nie znam się dobrze na igłach, maszynkach i tuszach ani sprawach, na których doskonale zna się tatuator. Nie od dziś wiadomo, że miejsca na ciele posiadają różną wrażliwość. To także kwestia indywidualna. Kogoś bardziej bolało na żebrach, niż na biodrze, a inną osobę zupełnie odwrotnie. Może się okazać, że to wcale nie bolało. Jednak nie ma osoby, która jest zupełnie niewrażliwa na ból. Każdy coś czuje, jednak z różną siłą. "Nic nie boli" może być również przechwałką i próbą "zachowania twarzy". Faceci coś o tym wiedzą :) Jednak ile razy ja mówiłam, że "trochę boli" a w środku wiedziałam, że jest zupełnie inaczej :) Pierwsze i ostatnie minuty są zawsze najbardziej bolesne (dla mnie). Skóra z czasem przyzwyczaja się do bólu. Pod koniec tatuowane miejsce jest już czerwone i opuchnięte, dlatego ból daje się bardziej we znaki. Ma na to wpływ również zmęczenie - kilka godzin bez ruchu i z pewnym dyskomfortem robi swoje. Wspomniałam także o samopoczuciu w danym dniu. Słyszałam, że wiele osób tego doświadczyło - im gorszy dzień, tym bardziej boli. Całkowicie się z tym zgadzam. Najlepiej jest się porządnie wyspać i najeść oraz zabrać ze sobą różne przekąski i wodę. Co do manipulacji poziomem odczuwanego bólu, istnieje wiele sposobów, żeby sobie z nim poradzić. Najlepiej jest się w środku nastawić, że to nic strasznego, że nie będzie boleć. Tak zwykle jest, że jeśli spodziewamy się czegoś bolesnego, to bardziej to później odczuwamy. Istnieje wiele badań psychologicznych na udowodnienie tego faktu. Ja osobiście jestem zdania, że wszystko jest w naszej głowie. Jeśli z początku nastawimy się negatywnie na coś, to na pewno to będzie negatywne. Dlatego najlepiej wyluzować. Tyle ludzi wydziaranych i żyją! :D W trakcie także można powtarzać jak mantrę "nie boli aż tak bardzo, spokojnie". Mi to bardzo pomaga. Można także, a nawet należy, zaprzątać sobie głowę innymi myślami, np. na temat pogody albo innych spraw. Tatuażyści często zagadują, byśmy przestali myśleć o bólu. Opowiadasz coś, co nie ma nic wspólnego z bólem i tatuażami, i nagle uświadamiasz sobie, że przecież "ej! przez te 5 minut nie czułem/am właściwie nic! jest git" i zaczynasz się uspokajać. Muzyka też ma ogromny wpływ. Wsłuchujesz się, tupiesz nogą a twoje myśli zaczynają błądzić wokół innych spraw, a ty sam zdajesz się być w innym świecie. Można także trochę wcześniej posmarować sobie skórę maścią przeciwbólową, typu "Emla". Jednak nie jestem pewna czy to tylko placebo czy genialny specyfik. Tak czy siak, w obu przypadkach, powinno zadziałać :)

DZIARANIE

Trwa zazwyczaj kilka godzin. Skóra w trakcie robi się czerwona i opuchnięta, często nabiega krwią i wypuszcza osocze. To normalne i nie ma się czego bać. Przy czarnym tuszu tego tak nie widać, natomiast kolory mogą nieco zmienić swoją barwę, jednak nie ma to wpływu na końcowy wygląd. Po wszystkim tatuator przemywa dzieło, smaruje wazeliną, która ma hamować krwawienie i owija folią, by nie dostały się bakterie. Tatuaż to RANA, dlatego od tego momentu trzeba dbać o higienę tego miejsca i odpowiednio pielęgnować do wygojenia.

GOJENIE

Są różne szkoły dotyczące tego, jak dbać o świeży tatuaż w tych dniach. Wasz tatuator na pewno powie wam co i jak. Ja przedstawie wam sposób, który się sprawdza u mnie.
Mam wrażliwą skórę, dlatego zawsze do dwóch godzin po tatuowaniu moja opuchlizna stopniowo wzrasta. Ból także się nasila. Wypływa osocze. Ze względu na to obchodzę się z danym miejscem jak z dzieckiem. Po przyjściu do domu MYJĘ RĘCE i zdejmuję folię. Czasami nie od razu, zależy czy wypływającego osocza jest dużo i czy sprawia mi to większy dyskomfort. Przemywam tatuaż namoczonym ręcznikiem papierowym w ZIMNEJ wodzie z delikatnym płynem do higieny intymnej. Trzeba pozbyć się osocza, które do tej pory zdążyło wyciec. Ciepła woda rozszerza pory, dlatego przez skórę ucieka więcej tuszu!!!! Zimna woda temu zapobiega a także przyjemnie chłodzi i przynosi ulgę. Płyn do higieny intymnej przez swoje ph sprawia, że w ranie nie rozwijają się bakterie. Trzeba pamiętać, że nie należy zbytnio moczyć tatuażu, bo to wpłynie na jego późniejszy wygląd. Zero długich kąpieli, zero basenów, zero sauny. I oczywiście zero opalania, alkoholu przez kilka dni. Następnie delikatnie osuszam miejsce i smaruję cienką warstwą maści BEPANTHEN. Należy dbać o stałe nawilżenie tatuażu. Nie można jednak używać balsamów ani kremów nawilżających, dopóki tatuaż nie będzie wygojony. Te specyfiki nie zawierają składników, które przyspieszają gojenie, natomiast często mają w składzie alkohol, który wysusza. Pomijam już potencjalne pieczenie :) Z ilością maści trzeba uważać, żeby nie rozmoczyć tatuażu. Cieniutka warstwa wystarczy. Następnie owijam miejsce oddychającą folią, która stanowi mechaniczną ochronę przed bakteriami i otarciami. Procedurę powtarzam co kilka godzin dotąd, aż osocze i tusz przestanie wypływać, czyli ok. 3 dni. Potem staram się, by rana goiła się przy dostępie powietrza. W domu ubieram się tak, żeby materiał nie dotykał do tego miejsca, natomiast jeśli wychodzę, zawsze nakładam folię. Po kilku dniach naskórek zaczyna się złuszczać. U niektórych są to kolorowe, cienkie strupki, u innych po prostu schodząca skóra. NIE ZDRAPYWAĆ - ubytki w tuszu gwarantowane!!!! Pod spodem zaczyna ukazywać się powoli już właściwy wygląd tatuażu. Kolor pod spodem jest odrobinę bledszy i mniej intensywny, ale to normalne. Po zejściu całego naskórka można uznać, że pierwszy etap gojenia się zakończył. Przez jakiś czas może jeszcze schodzić druga warstwa, jednak kolor już nie ulegnie zmianie. Cały wzór wyróżnia się ze względu na swoje błyszczenie i wypukłość. Z czasem jednak będzie to mijać i tatuaż zacznie wyglądać jak "stopiony" ze skórą. Kiedy to nastąpi, można mówić o całkowitym wygojeniu (ok. 2 miesiące). Nie oznacza to, że po całym procesie należy przestać o niego dbać. Trzeba często smarować go balsamami i kremami - teraz już można :) W lecie koniecznie krem z filtrem 50+, no chyba, że chcecie, żeby wam wyblakł jak czarna koszulka suszona w pełnym słońcu na prawej stronie. Może się zdarzyć, że mimo wzorowej pielęgnacji pojawią się jakieś ubytki w tuszu. Skóra zawsze coś wyrzuci, w końcu pozbywa się ciała obcego :) Jeśli to nie z winy lichej pielęgnacji, każdy porządny tatuator umówi was wtedy na darmowe poprawki.

Poniżej zamieszczam kilka zdjęć. Już ktoś chciał skopiować jeden z moich tatuaży, jednak został zdemaskowany i zgaszony :D Mam nadzieję, że wam nie przyjdzie to do głowy. Gratuluję tym, którzy dotrwali do końca :) Miłej soboty ludziska!








sobota, 30 maja 2015

Wielki POWRÓT

Kiedyś, kiedyś zapowiadałam, że ponownie uruchomię bloga. Postanowiłam nie rzucać jak zwykle słów na wiatr - OTO JESTEM.

Czasem nasuwa mi się pytanie - po co to komu? Czytanie czyichś wypocin interesuje tylko internetowych stalkerów, a poza nimi... Cóż. Mało kogo obchodzi to, co jadłam na śniadanie, co kupiłam na promocjach w Rossmannie, jaki tusz do rzęs polecam, albo co założyłam na swoje wielkie wyjście do warzywniaka za rogiem. Nie trzeba się oszukiwać. Moje życie nie jest aż tak interesujące, bym chciała się nim z kimkolwiek dzielić publicznie. Dlatego to nie będzie typowy blog. Mam nadzieję.

Czasem kusi pochwalenie się nowymi ciuszkami i butami, bo, OFKORS, jestem typową kobietą. I jak typowa kobieta lubię zakupy, kosmetyki i jaram się wszystkim, co jest po przecenie - nieważne czy to jest ładne czy też wygląda jak typowa szmata do podłogi. Ale. Czasy gimbazy dawno minęły. Nie jestem już gimbusem, ani licealistką. Studentką też już nie, od niedawna.To, kim teraz jestem, zobowiązuje do czegoś więcej.

Kim teraz jestem? Co się pozmieniało? (UWAGA - TA CZĘŚĆ JEST DLA OSÓB, KTÓRE LUBIĄ WIEDZIEĆ O KIMŚ WIĘCEJ NIŻ INNI) Oprócz tego, że nadal jestem niesamowicie sarkastyczna, gwałtowna, zmienna i problematyczna... 1) Jestem świadoma. Świadoma celu, jaki sobie obrałam, świadoma swoich słabych stron i wad, ale także zalet i wszelkich walorów. Świadoma tego, jak wykorzystywać swoje talenty i jak je rozwijać. 2) Aktywna. Artystycznie i ogółem, życiowo. Mimo to, że rzuciłam swój wymarzony kierunek (ZMIENIŁAM ZDANIE), nie spoczęłam na laurach, nie zachowuję się jak typowy pasożyt i leniuch. Nie błąkam się bez sensu i nie marnuję swoich z góry policzonych oddechów na rzeczy, które mnie nie uszczęśliwiają. Nie leżę w domu plackiem i nie snuję wywodów bez końca, które prowadzą donikąd, a jeśli już mają do czego prowadzić, to jedynie do spadku nastroju i paranoi we wczesnym stadium rozwoju. 3) Szczęśliwa. I to jest najważniejsze. Nie wiem, skąd dokładnie wzięła się ta siła, którą teraz dysponuję. Obojętność i dystans to "rzeczy", które jeszcze do niedawna nie były mi znane. Owszem, czasem zdarza mi się rozkleić w najmniej odpowiednim momencie, ale przez większość czasu mogę o sobie dumnie powiedzieć "zimna suka". A co to ma wspólnego ze szczęściem? Doszłam do wniosku, że wieczne zamartwianie się beznadziejnymi ludźmi nie ma najmniejszego sensu (i tak umrą). Nie jestem typem osoby, która włazi wszystkim w tyłek. Jestem miła, ale do czasu. A potem, hm... nie chcecie wiedzieć. Cóż, nad cierpliwością przyjdzie mi jeszcze popracować. 4) Wolna. Uwolniłam się od wielu rzeczy, które przeszkadzały mi jako tako funkcjonować. Przyznam, że było tego całkiem sporo, ale nie byłam w stanie tego dostrzec. Musiało się nieźle "zadziać", żebym w końcu otworzyła oczy i pozbyła się zbędnych śmieci.
5) Zdecydowana. Wiem, czego chcę, czego oczekuję od życia i od siebie, dążę do tego pewnie i z podniesioną głową. Ogarnęłam ten temat totalnie, absolutnie, całkowicie, całościowo (wybierz jedno). Dotyczy to również mniej ważnych rzeczy, np. wybierania głupiego jogurtu (przecież tyle różnych kombinacji lubisz, masz tylko x zł - halo, to NAPRAWDĘ trudna decyzja). 6) Niezależna. Chodzi głównie o sferę kontaktów damsko-męskich. Żaden facet do szczęścia mi nie jest potrzebny. POWAŻNIE. Jeśli miałabym wybierać między randką ze mną a z jakimś kolesiem, zgadnijcie kogo bym wybrała. Nie mogę pojąć, dlaczego kobiety tak latają za facetami. Przecież to kompletne przygłupy (bez obrazy panowie, po prostu rzadko używacie mózgu, częściej myślicie c==3). Śmieję się, a niedawno sama tak robiłam. Ale bez obaw, wynagrodziłam sobie cały ten stracony z wami czas :)

Co do samego bloga. Będzie dużo zdjęć i notek, na dosyć INTERESUJĄCE tematy. Myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie. POLECAM, EJ, CZYTAJCIE MNIE DOBRA?
Przy okazji uzupełniam braki w zdjęciach. Przedstawiam wam czarującą Alicję w krainie prawie tak czarującej, jak ona sama. Enjoy!






piątek, 13 czerwca 2014

O.

Inspiracja Festiwalem Kolorów :) wyszłam z wprawy, za długa przerwa... wracam do "żywych", mam nadzieję, że jeszcze nie raz was zaskoczę!
 modelowała Oliwia.


















A po zdjęciach wyglądamy tak :D 






 

Search This Blog

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka